11 lutego rozpoczął się dla mnie i moich przyjaciół dzień, który miał być pełen emocji i adrenaliny na morzu, ale natura jak zawsze miała dla nas inne plany. Zbiórka wyznaczona na godzinę 7:30 nagle stała się wyzwaniem, kiedy ciężkie warunki drogowe i niespodziewana awaria zawieszenia w moim passacie zdecydowały inaczej. Pomimo przeszkód, udało nam się dojechać na miejsce zbiórki, zabierając po drodze Jarka i Patryka.
Na miejscu już czekała na nas reszta ekipy, gotowa do wypłynięcia. Dzień zapowiadał się bezwietrznie, co zwykle nie wróży dobrze dla łowienia, zwłaszcza że dobrze wiemy, iż nasze ulubione liry – preferują lekko wzburzone wody. Temperatura w okolicach zera i szarobura aura tylko dodały klimatu naszemu przedsięwzięciu.
Przygotowania do wypłynięcia nie obyły się bez niespodzianek. Na pokładzie statku zastał nas widok po kolana śniegu – zapomniałem łopaty, więc musieliśmy ręcznie udeptać śnieg, by móc ruszyć w morze. Po 25 minutach dotarliśmy na wyznaczone miejsce i rozpoczęliśmy łowienie.
Mimo naszych starań, dzień na rybach nie był tak owocny, jak byśmy sobie tego życzyli. Jedynie jeden z naszych nowicjuszy miał szczęście, łowiąc na główkę fluorescencyjną z szprotką. Udało mu się złowić kilka pięknych sztuk, z największą rybą mierzącą około 80 cm. Jego sukces był promykiem światła w naszym dniu pełnym wyzwań.
Po pięciogodzinnym rejsie wróciliśmy na ląd, nie do końca zadowoleni z wyników. Mimo to, jestem przekonany, że zmienne warunki pogodowe miały duży wpływ na nasze wędkarskie nieszczęścia. Nie zraża nas to jednak. Już teraz wiemy, że przyszły rok przyniesie nowe wyzwania i mam nadzieję, że lepsze wyniki, dając nam możliwość porównania i lepszego przygotowania się do kaprysów natury.





Dzień ten był przypomnieniem, że w rywalizacji z naturą nie zawsze jesteśmy na wygranej pozycji, ale właśnie te nieprzewidywalne warunki czynią każdą przygodę niezapomnianą. Czekamy na kolejną okazję, by zmierzyć się z morzem i jego mieszkańcami, mając nadzieję na bardziej łaskawe warunki i obfitsze łowy.